niedziela, 9 lipca 2017

Szare korzenie pięknych kwiatów



W tej chwili w Polsce około 10-12 tysięcy osób ma tak zwany „certyfikat ISTQB z testowania oprogramowania”. Większość mieszkańców naszego pięknego kraju nie tylko nie zna tego certyfikatu, ale nie ma pojęcia, czym jest to tajemnicze „testowanie”. Oczywiście, słyszeli o jakichś programistach, podobno mają fantastyczne pensje, ale testerzy? To pewnie kolejny modny i nie bardzo potrzebny wymysł, jak jacyś animatorzy kultury, specjaliści delfino-terapii, czy inni architekci krajobrazu? 

No dobra, dobra, myślicie: wróćmy do ważnych tematów, takich jak rozwój osobisty, jak stać się kobietą spełnioną/mężczyzną spełnionym, może dieta, może wegetarianizm, może muzułmańska imigracja, może wypadek smoleński, może istota objawień fatimskich, a najlepiej coś ze słowem „zarządzanie” w nazwie 😊?
  
Tymczasem ja dziś właśnie wyszkoliłem kolejną 20-kę – to już pewnie, licząc od 1997 roku, środek trzeciego tysiąca moich absolwentów - do egzaminu na ten certyfikat… kandydatów na testerów oprogramowania. Większość, to ludzie z wyższym wyksztalceniem (trafiają się, z rzadka wprawdzie, także osoby z doktoratami), niektórzy bezrobotni, inni szukający nowej, lepszej pracy, gdzie będą się czuli potrzebni. Branża IT krzyczy, woła o takich ludzi, podczas gdy wyższe uczelnie tradycyjnie produkują fachowców technicznych, ale często pozbawionych umiejętności zastosowania techniki w kontekście; stąd potrzeba testerów i analityków (ich również produkuję, ale nie tak masowo, jak testerów).

Jeśli za dwadzieścia i trzydzieści lat polska gospodarka – i światowa, nie tylko w Polsce są te trendy - będzie – mimo naszej skłonności do okresowych napadów mistyczno-nacjonalistycznego szaleństwa – dawała na ziemi pokój i dostatek ludziom dobrej woli…

… jeśli systemy informatyczne, tkwiące do tego czasu w każdym bucie, w każdym oknie i w każdej szczotce do zębów, będą działały ku naszej wygodzie, a nie ku naszemu utrapieniu…

… to będzie w tym znaczna zasługa także tych ludzi, których wyszkoliłem, których szkolę i których będę jeszcze szkolił.

Dla mnie ta przygoda zaczęła się dawno, dawno temu, kiedy czułem się i byłem naprawdę ostrym hakerem, kochającym mikroprocesory, kolegów (i koleżanki) elektroników, asemblery oraz język „C”. Przez trzy godziny przekonywał mnie jesienią 1993 roku, nieżyjący już Thomas Vesterlund, żebym te zabawki porzucił na rzecz sztuki, o której wtedy myślałem, że jest dla cieniasów – dla testowania.

Zaryzykowałem.

W 1998 roku niezawodni Anglicy wymyśli, że warto stworzyć certyfikat dla osób, co chcą specjalizować się w tym rzemiośle i nazwali go certyfikatem ISEB CTFL – to był zapomniany już prekursor tych certyfikatów ISTQB, których dziś jest na świecie ponad pół miliona w ponad pięćdziesięciu krajach świata. Z mojej inicjatywy powstał wtedy, na początku 2000 roku, pierwszy poza Wielką Brytanią kurs, przygotowujący do egzaminu na ten certyfikat: w Szwecji.

W 2001 roku przyniosłem ten pomysł do Polski. Początkowo spotkałem się z oporami, ale za to cieszyłem się monopolem; to ja szkoliłem wtedy wszystkie dzisiejsze tuzy, wielkich przedsiębiorców tej branży. Brawo, dziewczyny i chłopaki! Miło, że mogę dziś pracować czasem dla Waszych firm 😊.

Monopolu nie da się utrzymać długo, dzięki czemu nie ustaje motywacja, aby iść dalej, uczyć się nowych rzeczy. Wspaniale – nie cieszyłaby mnie rola podstarzałego guru, wyłącznie wspominającego dawne, dobre czasy i zadowolony jestem, że poszedłem w inne, równie ciekawe dziedziny. Ale nie ukrywam – dzisiejszy gwałtowny renesans testowania i ten jego bezprecedensowy, kwantowy skok wydajności – cieszą mnie! Rola podstarzałego guru, mogącego się przechwalać: „A widzicie? Co mówiłem ćwierć wieku temu, ha?!” - bardzo mi się podoba, pod warunkiem, że (a) nie jest to jedyna rola, którą mogę odgrywać, i (b) że nie kończy się na wspominaniu 😉.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz